Hitway to producent certyfikowanych rowerów elektrycznych i hulajnóg, których można legalnie używać na terenie Unii Europejskiej. W dzisiejszym filmie testuję jeden z jego modeli – Hitway BK16. Jak sprawuje się w praktyce, czy warto go kupić? Tego wszystkiego dowiesz się w dalszej części materiału. Na wstępie dodam, że rower do recenzji otrzymałem bezpośrednio od producenta w ramach współpracy. Dziękuję za wsparcie mojego kanału i bloga. Jeśli planujesz zakup lub chcesz przejrzeć pełną ofertę Hitwaya, w dalszej części zostawiam mój kod rabatowy oraz bezpośredni link do modelu. No to zaczynamy!
Pierwsze wrażenia i montaż
Model BK16 można dostać w trzech odsłonach kolorystycznych: czarnej, białej i głębokiej ciemnoniebieskiej, każda z innymi akcentami na ramie. Ja wybrałem czarną wersję z morskimi napisami – urzekła mnie od pierwszego spojrzenia. Rama ma charakterystyczny kształt litery V: środkowy trójkąt wygląda, jakby czekał na silnik centralny, choć napęd schowano klasycznie w tylnej piaście. Wewnątrz ramy ukryto akumulator 48 V / 18 Ah, a całość napędza silnik o mocy 250 W generujący moment 60 Nm. Jak ten zestaw działa w praktyce – o tym opowiem za chwilę.
Do sterowania wspomaganiem producent zastosował czujnik kadencji, a dla każdego z trzech poziomów zaprogramowano osobny limit prędkości. Rozwiązanie ma zwolenników i przeciwników (ci drudzy wolą czujniki nacisku na pedały), lecz warto sprawdzić je samemu. Rower waży 31 kg, a z kompletem akcesoriów 38,6 kg. Aluminiowa konstrukcja mieści siedmiobiegową przerzutkę, a producent odważnie podaje zakres wzrostu użytkowników od 165 do 195 cm. Rzeczywistość jest mniej optymistyczna: przy moich 182 cm musiałem wysunąć siodełko maksymalnie do tyłu i podnieść je na tyle wysoko, że ręce zaczęły niemal „leżeć” na kierownicy. Dlatego od razu polecam niewielką inwestycję w adapter, który uniesie mostek – kosztuje 30–40 zł, a w długiej trasie potrafi zdziałać cuda.
Z przodu znajdziemy klasyczny, sprężynowy amortyzator, a 26-calowe koła obuto w trzycalowe opony. To nie jest rasowy fatbike, raczej solidny „mieszczuch” z ambicjami terenowymi. Deklarowane obciążenie maksymalne wynosi 125 kg, zaś zasięg producent szacuje na 70–120 km. Przy takiej baterii to wcale nie brzmi jak fantazja.
Pierwsze spotkanie z BK16 zaczyna się od kartonu w standardowym rozmiarze – nic nowego, choć i tak robi wrażenie, gdy pojawia się pod drzwiami. Przednie koło, przypięte do ramy trytytkami, czeka na swoje miejsce. Najlepiej otworzyć pudło od góry, wyjąć luźne części, położyć je na boku i ostrożnie wysunąć rower z piankowych ochraniaczy – nie warto zrywać wszystkiego naraz, bo te zabezpieczenia chronią elementy także podczas składania.
W paczce czekała solidna księga – instrukcja na 265 stron w kilku językach, z polskim tłumaczeniem rozbitym na ponad trzydzieści stron. Jest tu wszystko: obsługa, gwarancja, prawne niuanse, szczegółowe ustawianie hamulców, kody usterek, a nawet uroczy akapit „jazda konna”, gdzie autorzy wyjaśniają… jak właściwie korzystać z roweru. Do tego zestaw kluczy (kolejny do kolekcji, za to pierwszy z własną instrukcją i certyfikacją UE), ładowarka 48 V, ręczna pompka, komplet odblasków, moduł antykradzieżowy pod siodełko, pedały, szybkozamykacz do przedniego koła i drobiazgi do centrowania szprych.
Samo składanie poszło zadziwiająco gładko. Jedyny zgrzyt to wsporniki tylnego bagażnika – ilustracja w instrukcji jest zbyt ogólna i przez moment nie wiedziałem, którą śrubę poluzować. Poza tym kilka ruchów kluczem, regulacja hamulców, dopompowanie opon i BK16 był gotów na pierwszą przejażdżkę.
Rower w praktyce
Coraz bardziej przekonuję się do ram z obniżonym przekrokiem. Kiedy stoisz obok BK16, nie musisz podrzucać nogi jak akrobata – jedna stopa ląduje na pedale, druga płynnie przechodzi na drugą stronę i już siedzisz. Przy klasycznych ramach MTB, zwłaszcza z bagażnikiem i sakwami, wymach potrafi skończyć się bolesną rozciąganką. Tutaj problem znika, a amortyzowana sztyca wygładza nierówności, choć wizualnie siodełko wcale nie przypomina miękkiego fotela. W połączeniu oba elementy dają zaskakująco sprężysty komfort.
Pod względem estetyki trudno się przyczepić. Akumulator 48 V wsunięto w górną rurę: przekręcasz kluczyk, bateria wysuwa się gładko i możesz zabrać ją do ładowania. Trafiło mi się kilka rys fabrycznych, ale znikną pod patyną kolejnych kilometrów. Dwa gwinty pod akcesoria czekają na bidon lub mini-pompkę. Tylny bagażnik wygląda na nie do zdarcia – stalowe rurki nie uginają się pod kilkoma kilogramami, a szeroka platforma stabilnie trzyma sakwy nawet na zakrętach.
Układ napędowy to siedem przełożeń obsługiwanych przez sprawdzoną Shimano Tourney. Od pierwszego kliknięcia manetką biegi wchodzą cicho i precyzyjnie; baryłka linki została w spokoju. Fabryczne oświetlenie spełnia swoje zadanie: z tyłu świeci lampa pozycyjna ze światłem stopu, z przodu diodowe światło mijania – może nie oślepia jasnością, lecz w ruchu miejskim daje pełne poczucie bezpieczeństwa. Wyświetlacz budzi się błyskawicznie, pokazując prędkość, całkowity przebieg, dystans od startu i aktualny poziom wspomagania. Mały detal, a cieszy, bo nie trzeba czekać, aż elektronika „zastanowi się”, zanim ruszysz.
Jak działa wspomaganie BK16 i wrażenia z jazdy
Wsiadam na BK16, ustawiam wspomaganie na poziom 0 i ruszam jak na zwykłym rowerze – tylko że ten „zwykły” waży prawie trzydzieści kilo. Przerzucam kciuk na przycisk, wskakuje jedynka i zaczyna się magia czujnika kadencji. W suporcie kręci się pierścień z dwunastoma magnesami, a maleńki czujnik Halla liczy każdy przelot. Dwa–trzy impulsy wystarczą, by sterownik wysłał do silnika polecenie startu i w ułamku sekundy poczuć, jak 60 Nm momentu łagodnie, lecz stanowczo popycha mnie naprzód.
Na trybie 1 elektronika pilnuje, żeby prędkość nie przekraczała dwunastu kilometrów na godzinę; wrzucam 2, limit rośnie do szesnastu; przełączam na 3 i rower ochoczo dobija do ustawowych dwudziestu pięciu. Kiedy licznik zbliża się do progu, kontroler przykręca ampery, a ciąg gaśnie miękko, bez szarpnięć. Przestanę pedałować choćby na pół obrotu – czujnik natychmiast to wychwytuje i silnik milknie, jakby ktoś odciął prąd.
Jadę ważąc prawie sto kilogramów i wciąż zachwycam się zrywnością BK16. Siedmiobiegowa Shimano miesza przełożenia gładko; nawet z wyłączonym wspomaganiem rower nie traci charakteru i zachęca, by kręcić dalej. Ale długo na zerze nie wytrzymuję – wracam na trójkę, bo uwielbiam, gdy lekki ruch korbą zamienia się w sprężysty skok do przodu.
Na papierze producent zapewnia, że rower pasuje użytkownikom do 195 cm. Mam 182 cm i po pierwszym kilometrze czuję, że pozycja wymusza przytulne spotkanie z kierownicą; żeby uzyskać prawidłowe ugięcie nogi, musiałem wyciągnąć i podnieść siodełko do granic możliwości. Efekt? Prawie leżę na kierownicy, a każde wybicie przypomina nadgarstkom o ciężarze ciała. Najprostszy ratunek to adapter mostka – trzy, może cztery centymetry w górę i nadgarstki oddychają. Gdyby producent dorzucił odrobinę dłuższy widelec albo powiększył ramę choćby o numer, problem zniknąłby sam. Jeśli masz poniżej 175 cm wzrostu, prawdopodobnie nigdy go nie poczujesz.
Na stromym podejściu wciskam przycisk „minus”: aktywuje się walk-assist i rower sam wciąga się na krawężnik tempem sześciu kilometrów na godzinę. W wiązce kabli widzę jednak uśpiony przewód pod manetkę gazu – kontroler blokuje go fabrycznie. Nie odblokuję większej prędkości ani przepustnicy z poziomu menu; to cena pełnej zgodności z europejskimi przepisami.
Toczę się po asfalcie, potem skręcam na polną drogę. Powietrze pachnie sianem, a deklarowane 120 km zasięgu wyświetlacz sprowadza do 70–80 km, jeśli przez cały czas jadę na pełnej mocy. I dobrze – te kilometry smakują najlepiej.
Pierwszy zjazd w dół i odruchowo łapię klamki – przypominam sobie, że to tylko mechaniczne tarczówki na linkę. Bałem się, że będzie za słabo, bo e-bike waży więcej niż klasyk, ale po skrupulatnej regulacji linki i klocków hamulce łapią równo i twardo, zatrzymując cały zestaw bez dramatów. Wnętrze ramy kryje wszystkie przewody, także hamulcowe; jeśli ktoś zechce przejść na zestaw hydrauliczny, czeka go mozolne przeciskanie linek przez ciasne kanały. Ja zostaję przy tym, co jest – działa i nie wymaga chirurgii.
Między drzewami słychać subtelne „ding” staromodnego dzwonka – wreszcie nie brzmię jak ambulans w korku. Z tyłu świeci lampka z czujnikiem stopu, z przodu proste, lecz solidne światło mijania. Wyświetlacz budzi się natychmiast po przytrzymaniu przycisku i podaje prędkość, dystans dzienny, całkowity oraz poziom wspomagania, zanim zdążę zapiąć kask.
Tak mija dzień z BK16: od pierwszego pół obrotu korbą czuję zastrzyk momentu, czujnik kadencji dba o płynność, a ja zastanawiam się jedynie, ile kilometrów zostało, zanim znów poczuję mrowienie w nadgarstkach.
Wszystko, co mi się podobało
Gdy patrzę na BK16 z boku, od razu widzę maszynę, która przyciąga wzrok: lekko wygięta, nisko poprowadzona rama nadaje jej zadziorny charakter, a jednocześnie upraszcza codzienne wsiadanie. Z montażem poradziłem sobie w jedno popołudnie – nic nie zaskakuje, wszystko pasuje, a całość kosztuje około 1100 euro, więc portfel nie płacze tak głośno jak przy większości elektryków. Węglowo-czarna powłoka kontrastuje z elegancko ukrytym sterownikiem i baterią; żaden kabel nie wystaje, nic nie psuje estetyki, a na górnej rurze zostawiono miejsce na koszyk bidonu czy pompkę.
Kiedy ruszam, siedmiobiegowa Shimano przerzuca przełożenia szybciej, niż zdążę pomyśleć o zmianie kadencji, a jasny, prostokątny wyświetlacz błyska prędkością i stanem baterii w pełnym słońcu bez cienia zwłoki. Silnik ciągnie jak lokomotywa – natychmiast i bez wahania, aż czuć w krzyżu moment, gdy cały zestaw chce wyrwać z miejsca. Na tylnym bagażniku bez obaw wieszam wypchaną sakwę albo weekendową torbę, a trzycalowe opony, choć nie tworzą jeszcze fatbike’a, sprawiają, że piach czy leśny dukt przestają być wyzwaniem. Najciekawsze jednak, że po wyłączeniu wspomagania rower nadal bawi: mechanika pracuje lekko, łożyska toczą się bez oporu, więc gdy bateria w końcu powie „dość”, wcale nie mam ochoty zsiadać.
Co mi się nie spodobało
Nie jest oczywiście idealnie. W maszynie ważącej grubo ponad trzydzieści kilo spodziewałem się hydraulicznych hamulców, tymczasem producent postawił na klasyczne tarczówki na linkę. Po dopieszczonej regulacji zatrzymują pewnie i równo, lecz gdzieś z tyłu głowy wolałbym mieć nadmiar mocy zamkniętego układu hydraulicznego. Linki, podobnie jak przewody elektryczne, poprowadzono w ramie – wygląda świetnie, gorzej, jeśli ktoś zapragnie przesiadki na hydro; wtedy czeka go operacja na otwartym sercu ramy.
Druga sprawa to ergonomia. Mam 182 cm wzrostu, producent twierdzi, że rower pasuje nawet do 195 cm, a ja już przy swoich centymetrach musiałem maksymalnie wysunąć i podnieść siodełko. Efekt? Wiszę na kierownicy, a nadgarstki liczą każdą dziurę w asfalcie. Ratunkiem jest tani adapter mostka albo marzenie, by konstruktorzy dorzucili numer większą ramę lub dłuższy widelec.
I wreszcie blokada prędkości. Rozumiem: unijne 25 km/h, homologacja, papierologia. Ale gdy zjeżdżam z asfaltu na szutry, chciałbym choć na chwilę zdjąć kaganiec i pozwolić BK16 rozpędzić się tak, jak wyraźnie ma ochotę. Tego wyboru mi odmówiono, a szkoda, bo nic nie daje tyle frajdy jak chwila swobody tam, gdzie asfalt się kończy. Wyświetlacz uparcie nie pokazuje nic ponad 25 km/h; nawet kiedy rozkręcimy się z górki wyłącznie siłą własnych nóg i wyraźnie przekroczymy ten limit, ekran zatrzymuje się na magicznej dwudziestce piątce. Na samą jazdę nie ma to wpływu—prędkość czujemy w powietrzu i w nogach—ale widok cyferek zamrożonych na niewidzialnym suficie jest trochę zastanawiający, jakby rower grzecznie udawał, że wciąż mieszczymy się w przepisach.
Kod rabatowy na ten rower
Kup ten rower: https://jotem.in/link/hitwaybk16 -5% z kodem JOTEM30
