Narwal Freo S to jeden z tych robotów, które wyglądają jak okazja. Niska cena, znana marka, stacja dokująca, mopowanie, LiDAR, aplikacja – wszystko się zgadza. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ten robot naprawdę wyjeżdża na podłogę i okazuje się, że między folderem reklamowym a codziennym życiem jest całkiem spora różnica. Bo po kilku tygodniach testów mam wrażenie, że Freo S jest trochę jak sprzęt, który bardzo chce udawać bardziej zaawansowany, niż jest w rzeczywistości. Tylko czy to go przekreśla? Niekoniecznie. Zwłaszcza jeśli kosztuje 899 zł.
Wiecie, to trochę jak z takim znajomym, którego chyba każdy kiedyś spotkał. Podkolorował CV, trochę przesadził z tym, co umie, trochę za szeroko opisał swoje kompetencje i zupełnym przypadkiem dostał pracę. A potem przychodzi pierwszy dzień i nagle okazuje się, że trzeba naprawdę coś zrobić. I wtedy zaczyna się improwizacja. Mina pewna siebie, wszystko niby pod kontrolą, ale im dłużej patrzysz, tym bardziej widzisz, że teoria była dużo lepsza niż praktyka. I właśnie takie mam momentami odczucia z Narwalem Freo S. Na papierze wygląda bardzo przekonująco. W praktyce szybko wychodzi, że część jego możliwości brzmi lepiej, niż działa.
Narwal Freo S – pierwsze wrażenia
I od tego trzeba zacząć. Bo Narwal Freo S to nie jest robot, którego można uczciwie ocenić w oderwaniu od ceny. Gdyby kosztował dużo więcej, byłbym wobec niego znacznie surowszy. Ale przy tej kwocie człowiek patrzy na niego trochę inaczej. Nie oczekuje perfekcji. Raczej liczy na to, że sprzęt będzie po prostu sensownym wsparciem w codziennym sprzątaniu. I właśnie tutaj zaczyna się cała historia tego modelu. Bo z jednej strony coś potrafi, z drugiej – bardzo szybko pokazuje, gdzie kończą się jego ambicje.
Na pierwszy rzut oka Freo S robi dobre wrażenie. Jest lekki, wygląda nowocześnie i ma niedużą stację dokującą, co dla wielu osób będzie naprawdę ważne. Nie każdy ma miejsce na wielką bazę, która zajmuje pół przedpokoju albo rzuca się w oczy od razu po wejściu do mieszkania. Tutaj stacja jest kompaktowa, więc spokojnie zmieści się także w mniejszych wnętrzach. Sam robot też wygląda po prostu ładnie. Nie sprawia wrażenia taniego plastiku, który został złożony na szybko. Wizualnie wszystko się zgadza.
Do tego porusza się całkiem cicho. Nie jest to sprzęt, który od razu robi wokół siebie wielkie zamieszanie. Kiedy jeździ po mieszkaniu i odkurza, da się normalnie funkcjonować. To też jest coś, co docenia się dopiero po kilku dniach, bo w teorii każdy robot ma sprzątać, ale w praktyce nie każdy robi to w sposób, który da się po prostu zaakceptować na co dzień.
I uczciwie trzeba powiedzieć jedno: ten robot dość dobrze odkurza. Nie wybitnie, nie tak, żeby przewracał stolik z wrażenia, ale po prostu dobrze. Kurz, okruchy, taki zwykły codzienny brud – z tym radzi sobie na poziomie, który w tej cenie można uznać za przyzwoity. Ma też funkcję przecierania podłogi, więc jeśli ktoś szuka urządzenia, które nie tylko zbierze kurz, ale też trochę odświeży powierzchnię, to Freo S coś takiego oferuje. Opróżnia też pojemnik na brud do stacji dokującej, więc nie trzeba co chwilę bawić się w ręczne wysypywanie wszystkiego po każdym cyklu. To jest wygodne i praktyczne.
Funkcje i możliwości
Na plus zaliczam też polską wersję językową. Dla wielu osób to będzie detal, ale w codziennym używaniu aplikacji takie rzeczy naprawdę mają znaczenie. Problem w tym, że tu ten plus jest trochę połowiczny, bo polskie tłumaczenie potrafi momentami zaskoczyć. Pojawiają się dziwne sformułowania, błędy i teksty, które brzmią tak, jakby ktoś tłumaczył je bez większego wyczucia. Czasem wychodzą z tego naprawdę śmieszne komunikaty. To nie jest rzecz, która przekreśla sprzęt, ale jednak daje poczucie, że całość nie została dopieszczona.
No i tutaj dochodzimy do sedna. Bo Narwal Freo S jest po prostu dość podstawowym robotem. I im dłużej się go używa, tym wyraźniej to widać.
Największy problem mam z tym, że on momentami bardzo chce sprawiać wrażenie robota bardziej zaawansowanego, niż faktycznie jest. Na przykład mopowanie. Tak, ten model ma funkcję przecierania podłogi, ale trzeba sobie jasno powiedzieć, co się za tym kryje. Mop jest stały, nie unosi się, nie wykonuje żadnych bardziej zaawansowanych ruchów, nie ma tu żadnego szorowania. Jest po prostu dociśnięty do podłogi i przeciera ją zwilżoną ściereczką. To może wystarczyć, jeśli chcesz tylko delikatnie odświeżyć panele czy płytki, ale nie oszukujmy się – to nie jest prawdziwe mycie podłogi. To przecieranie. I to trzeba sobie powiedzieć wprost.
Z tym wiąże się kolejny problem: trzeba uważać na dywany. Ponieważ mop się nie unosi, robot nie rozumie, że teraz wjeżdża na powierzchnię, której nie powinien moczyć. A to oznacza, że jeśli w mieszkaniu masz dywany albo małe dywaniki, to trzeba mieć go na oku albo odpowiednio kombinować z ustawieniami mapy. W praktyce wygląda to tak, że po zmoczeniu mop nie zostanie podniesiony, tylko cały czas będzie dociskany do podłoża. Efekt jest prosty – robot może zmoczyć albo pobrudzić dywan, a to będzie po prostu irytujące. Więc jeśli masz w domu dużo dywanów, to naprawdę warto wziąć to pod uwagę, bo tutaj wygoda bardzo szybko zamienia się w śledzenie każdego ruchu robota.
Największe wady Narwal Freo S
I tu dochodzimy do jednej z największych wad tego modelu, czyli rozpoznawania przeszkód. A właściwie jego braku. Ten robot nie ma systemu identyfikacji przeszkód, który naprawdę działałby tak, jak powinien. I niestety w praktyce widać to bardzo szybko. Jeśli widzi jakiś mały dywanik, potrafi się o niego zaczepić i ciągnąć go po mieszkaniu. Przewody też nie robią na nim wrażenia. Nie traktuje ich jak czegoś, co należy ominąć, tylko jak teren, po którym koniecznie trzeba przejechać. W moim przypadku skończyło się to tym, że zaczepił o przewód ładowarki telefonu i tak długo się nad nim męczył, aż oderwał końcówkę. I wtedy kończy się śmieszność, a zaczyna irytacja.
To jest właśnie taki robot, który wymaga przygotowania mieszkania przed sprzątaniem. Kable trzeba zebrać. Lekkie dywaniki lepiej usunąć. Trzeba uważać na drobiazgi. Czyli z jednej strony ma pomagać, ale z drugiej wymaga, żeby najpierw zrobić mu bezpieczne warunki pracy. A przecież nie na tym polega idea wygody.
Kolejna sprawa to mapowanie. Na papierze LiDAR brzmi dobrze, ale u mnie w praktyce robot dość słabo poradził sobie z tworzeniem mapy mieszkania, a dałem mu kilka szans. W lokalu około 60 metrów kwadratowych, z trzema pokojami, kuchnią i łazienką, wykrył aż dziewięć pomieszczeń. Dziewięć. I co najlepsze, nie znalazł łazienki. Po prostu się uparł i mimo otwartych drzwi ją omijał. Sama mapa też nie wygląda zbyt logicznie, bo pomieszczenia nie są wyraźnie podzielone ścianami. Wszystko jest takie rozlane, mało intuicyjne, mało czytelne.
Oczywiście mapę można edytować, ale też bez większego szaleństwa. Da się połączyć albo rozdzielić pomieszczenia, ustawić wirtualne ściany czy oznaczyć miejsce, gdzie jest dywan. Tyle że robot sam tych dywanów nie wykrywa. Nie da się też sensownie oznaczyć małej strefy do sprzątania. Na przykład jeśli chcesz, żeby posprzątał konkretny fragment podłogi, nie wiem, wokół stołu albo przy wejściu, to nie bardzo masz taką możliwość. Można wybrać całe pomieszczenie albo wszystko. I znów – to pokazuje, że jest to sprzęt prosty, z dość ograniczoną kontrolą.
Zdarza mu się też gubić w ciaśniejszych miejscach. Ma z przodu zderzak i czasem wjeżdża tam, skąd potem nie potrafi już rozsądnie wyjechać. Potrafi utknąć między meblem a stolikiem, bo nie może się dobrze obrócić, a zderzak zaczyna go blokować. I wtedy zamiast sprytnego robota masz w domu sprzęt, który wygląda, jakby sam sobie zgotował problem, z którego nie potrafi wyjść.
Nie pomaga też jego logika sprzątania. A czasem mam wręcz wrażenie, że tej logiki po prostu brakuje. Robot potrafi pojechać na drugi koniec mieszkania, pokręcić się chwilę na metrze kwadratowym, po czym wrócić, za moment znowu tam pojechać i wracać do miejsca, w którym już był. Zamiast poczucia, że sprząta metodycznie, masz wrażenie, że momentami działa trochę chaotycznie. Finalnie coś tam oczywiście zrobi, ale trudno mówić o wrażeniu inteligentnego planowania.
Do tego dochodzą jeszcze różne mniejsze, ale irytujące rzeczy. Na przykład sytuacja, kiedy w trakcie sprzątania skończyła mu się bateria. Wrócił na ładowanie, co samo w sobie byłoby jeszcze normalne. Problem w tym, że nie mogłem w żaden sposób anulować aktualnego zadania ani niczego zmienić. I dopiero kiedy naładował się do stu procent, co nastąpiło w środku nocy, uznał, że teraz jest idealny moment, żeby wrócić do pracy. Tego typu zachowania skutecznie przypominają, że nie do końca panujesz nad tym, co robi sprzęt.
Podobnie jest z dokowaniem. Czasami potrafi przez kilka minut korygować pozycję przy stacji – robi przymiarki, przesuwa się o centymetry. Kiedy masz już wrażenie, że teraz już nastąpi dokowanie, to nie – jeszcze parę obrotów i dopiero wtedy. Niby nic wielkiego, ale gdy obserwujesz to kolejny raz, zaczynasz się zastanawiać, czy to robot sprzątający, czy ktoś właśnie uczy się parkować na twoich oczach.
Jest jeszcze jedna rzecz, która moim zdaniem bardzo mocno uderza w wygodę korzystania z tego sprzętu. Do robota można dolewać tylko czystą wodę, bez detergentu. W tym segmencie oczywiście woda nie jest pobierana ani opróżniana do stacji. A po skończonej pracy trzeba odpiąć mop, bo jeśli zostanie mokry w stacji, zacznie łapać zapachy. Czyli znowu – urządzenie miało ułatwiać życie, a kończy się na tym, że po jego pracy musisz jeszcze zająć się mopem osobno.
I teraz najważniejsze pytanie: czy warto go kupić?
Powiedziałbym tak – to zależy, czego oczekujesz. Jeśli chcesz taniego robota, który dość dobrze odkurza, jest lekki, wygląda nowocześnie, ma małą stację dokującą, opróżnia pojemnik na kurz i potrafi od czasu do czasu przetrzeć podłogę, to Narwal Freo S może mieć sens. Szczególnie jeśli mieszkasz w niewielkim mieszkaniu i szukasz czegoś prostego, co po prostu trochę ci pomoże. Zakup w promocji może być dobrym wyborem. A aktualnie dostępna jest promocja w sklepie partnera mojego kanału – Zigbuy.pl. Podrzuciłem Wam bezpośredni link i kody zniżkowe w opisie.
Ale jeśli liczysz na robota naprawdę inteligentnego, który dobrze omija przeszkody, sensownie mapuje mieszkanie, nie głupieje przy kablach, nie gubi się przy meblach i daje pełną wygodę także przy mopowaniu, to tutaj bardzo szybko poczujesz ograniczenia tego modelu.
I chyba właśnie tak najlepiej go podsumować po kilku tygodniach. Narwal Freo S to dość tani robot sprzątający, ale też dość podstawowy. To robot, który może odkurzyć mieszkanie i – jeśli wybierzesz ten tryb – przecierać podłogę. Ale jeżeli liczysz na to, że naprawdę dobrze ją umyje, to na pewno nie jest ten model. I tak samo, jeśli masz dużo dywanów albo małych dywaników, to też bym odpuścił. Po zmoczeniu nie podniesie mopa, tylko cały czas będzie dociskał go do podłoża, więc bardzo łatwo skończy się to mokrym albo zabrudzonym dywanem. A to zamiast wygody daje po prostu dodatkową frustrację.
Więc nie – to nie jest tragedia. Ale nie jest też żadnym ukrytym hitem, którego można dorwać za grosze. To po prostu sprzęt średnio dobry. Taki, który na papierze wygląda lepiej niż w codziennym używaniu, ale przy odpowiednio zbilansowanych oczekiwaniach nadal może komuś sensownie posłużyć.
Kupon rabatowy
Link do sklepu: https://jotem.in/link/narwalFreoS
KOD ZNIŻKOWY: -5% z kodem JOTEM5
