Jansno X50 to rower elektryczny, który już na pierwszy rzut oka nawiązuje stylistyką do niedużych motocykli. Ma grube opony, obszerne siedlisko i mocne oświetlenie. Kosztuje niespełna 3300 zł, co czyni go jednym z najtańszych fatbike’ów z 26-calowymi kołami dostępnych na rynku. Czy warto go kupić? O tym w dzisiejszym materiale.
- Zniżka 100 dolarów z kodem JOTEM
- Link do sklepu
Kiedy w klatce schodowej zobaczyłem pudło z wielkim napisem „Jansno X50”, od razu wiedziałem, że to nie będzie kolejny anonimowy e-rower z katalogu chińskiego OEM-u. Szkic na kartonie przedstawiał masywną, niemal chopperową ramę, balonowe opony i reflektor jak wyjęty z minibike’a na torze kartingowym. Przy cenie niecałych 3 300 zł był to prawdopodobnie najtańszy elektryk, który – przynajmniej z daleka – udaje prawdziwego fat-bike’a na 20-calowych kołach. Ciekawość mieszała się z nutą podejrzliwości: czy za takie pieniądze dostanę coś więcej niż tylko efektowny wygląd? Postanowiłem sprawdzić to w praktyce, zabierając X50 na codzienne dojazdy i lekkie wycieczki terenowe.
Rozpakowanie i montaż – pierwsze wrażenia
Otwarcie pudełka ma niemal uroczysty charakter: najpierw wyciągam częściowo zmontowaną ramę z zamontowanym silnikiem w piaście, potem zestaw narzędzi – klucze imbusowe, dwa płaskie i śrubokręt – a na końcu worek akcesoriów. W środku znajduję szerokie, kanapowe siodło, mocny reflektor LED, koło przednie z szybkozamykaczem, parę pływających kierunkowskazów oraz manetkę gazu, którą producent dorzuca gratis, pozostawiając użytkownikowi decyzję, czy ją zamontować i zrezygnować z pełnej zgodności z przepisami UE. Nagranie z całego montażu przygotowałem w osobnym filmie; link do niego, a także bezpośredni odnośnik do sklepu producenta i kod rabatowy, znajdziecie w opisie.
Już podczas skręcania czuć, że rower jest ciężki. Sama rama z amortyzacją przekracza trzydzieści kilo, a po dołożeniu akumulatora i koła waga zatrzymuje się na około czterdziestu trzech. Wnoszenie po schodach to ukryta sesja na siłowni. Dokładniejsze oględziny uspokajają: lakier i spawy są solidne, a kilka odstających nalepek łatwo docisnąć.
Silnik, akumulator i… europejski kaganiec prędkości
Na piaście silnika widzę dużą srebrną naklejkę „250 W 48 V” i znak CE. Ciekawostka, bo broszura pewnie chwali się mocą nominalną 750 W i momentem 60 Nm. Sęk w tym, że wersja na UE ma ograniczenie programowe: manetka nie jest fabrycznie zamontowana, a wspomaganie kończy się przy 25 km/h. Kto chce więcej, musi odkręcić cztery śruby siodła i rozpiąć jedną wtyczkę. Zajmuje to kilka minut i wymaga klucza oczkowego – średnio wygodne, jeśli rano legalnie dojeżdżasz do pracy, a wieczorem chcesz poszaleć w lesie. Idealnie byłoby przenieść blokadę do menu wyświetlacza albo – lepiej – zaprogramować dwie karty NFC: „miasto” i „off-road”. Na razie trzeba sięgać po klucz.
Akumulator 48 V / 14 Ah siedzi pośrodku ramy i jest ryglowany zamkiem. Kluczykiem można go odpiąć i wziąć do domu, jeśli nie chcesz targać całego roweru. Pakiet wygląda spory przy cienkich rurach, ale nie jest zamontowany zbyt wysoko, więc rower nie kołysze się jak łódka. Z drugiej strony przy masie 43 kg 14 Ah to trochę mało. Producent obiecuje do 130 km zasięgu, a w realnych 50 km – pół na pół miasto i las – wskaźnik spadł do jednej kreski. Sześć godzin ładowania i można ruszać ponownie, choć przydałaby się szybsza ładowarka, zwłaszcza że bateria jest wyjmowana.
Elektronika i interfejs
X50 budzi się po wpisaniu czterocyfrowego PIN-u albo zbliżeniu jednej z dwóch kart NFC. Kolorowy LCD pozostaje czytelny w słońcu i pokazuje siedem poziomów asysty, prędkość, przebieg, napięcie baterii oraz… tajemnicze słupki w prawym dolnym rogu. Myślałem, że to moc, ale wskazują obciążenie kontrolera – przydatne, gdy na podjeździe czuć, że silnik pobiera pełny prąd. Wszystko działa płynnie, choć ikonki można by opisać czytelniej.
Ergonomia w mieście
Oficjalnie Jansno twierdzi, że rower pasuje osobom od 160 do 192 cm wzrostu. Przy moich 182 cm już na pierwszej jeździe czuję, że jestem blisko górnego limitu. Długie siodło-kanapa nie ma regulacji wysokości, więc żeby kolana nie zahaczały o kierownicę, siedzę niemal na samym tyle. Efekt? Kolana wyżej niż biodra, a po dłuższej trasie biodra i odcinek lędźwiowy proszą o przerwę. Jeźdźcy około 170 cm będą mieli łatwiej – wtedy tylny amortyzator i wyprostowana pozycja pokazują zalety. Szeroka, lekko wygięta kierownica świetnie leży w dłoniach; łokcie są lekko ugięte, a nadgarstki nie wyginają się nienaturalnie.
Wspomaganie działa na klasycznym czujniku kadencji: pół obrotu korby i silnik rusza, pchając do prędkości ustawionej dla danego poziomu. W mieście najbardziej lubię spokojne 16-18 km/h – cicho, oszczędnie, bez szarpnięć. Po zamontowaniu manetki (i zdjęciu blokady) można rozkręcić się do 45-48 km/h – oczywiście poza drogami publicznymi. Hamulce to mechaniczne Shimano z czujnikiem odcięcia na tylnej dźwigni i działają zaskakująco dobrze. Hydraulika byłaby równie skuteczna przy mniejszej sile na klamce, ale wtedy X50 nie byłby „budżetowy”. Lepiej mieć porządny mechanik niż budżetowy hydraulik. Brak odcięcia na przedniej klamce pozwala zakręcić kołem w miejscu – fajny trik, jeśli lubisz takie zabawy.
Mini-bobber z zaletami i wadami
Z boku X50 wygląda jak kieszonkowy bobber na balonowych oponach. Widelec o dużym skoku, potężny reflektor, dwa rzędy kierunkowskazów i tylne światło stopu potęgują motocyklowy klimat. Niestety waga dorównuje wyglądowi: 43 kg to sporo, jeśli chcesz pedałować bez wspomagania albo wnieść rower choćby na kilka stopni. Trzeba jednak przyznać, że 4-calowe balonowe gumy mają wkładki antyprzebiciowe i wygładzają kocie łby jak dodatkowy amortyzator.
Wypad do lasu – stabilnie, lecz z głową
Pierwszy test off-road zaczynam na szerokiej, piaszczystej drodze. Koła 20 × 4″ wgryzają się i toczą bardzo stabilnie. Upuszczam trochę powietrza i rower sunie jak na poduszkach. Na płaskim jest super; prawdziwe wyzwanie to strome podjazdy. Przy mojej wysokiej, przesuniętej do tyłu pozycji środek ciężkości ląduje niemal nad tylną osią; wystarczy chwila nieuwagi i – świst – przód się podnosi. Świetnie wygląda na kamerze i ułatwia wheelie, ale warto się przyzwyczaić, żeby nie wylądować niechcący na plecach.
Po godzinie w terenie damper zaczyna piszczeć jak stara huśtawka. Luzuję śruby i psikam smarem – cisza wraca. Spawy i lakier zdają test równie dobrze – bez pęknięć i odprysków, tylko kilka naklejek trzeba było docisnąć. Na koniec odpalam klakson. Ten sam „ambulansowy” ton znany z wielu e-rowerów, ale w X50 jest najgłośniejszy, jaki słyszałem. W lesie zbędny, za to w mieście skutecznie zwraca uwagę kierowców, zanim wjedziesz im w martwe pole.
Życie z akumulatorem w liczbach
Jak wspomniałem, 14 Ah nie zachwyca, ale wystarcza do spokojnych dojazdów. Po pięćdziesięciu kilometrach – pół teren, pół miasto – wyświetlacz pokazuje niecałą połowę kreski. Z czystej ciekawości jadę aż do rezerwy: przy moim wzroście, pozycji i średnich 20-22 km/h kończy się to na nieco ponad 64 km. Daleko od deklarowanych 130, ale bądźmy realistami – lżejszy rowerzysta, mniejszy opór powietrza, płaska trasa i równe 15 km/h przesuną tę granicę znacznie dalej. Ładowanie od zera trwa sześć godzin, czyli praktycznie noc. Dobrze, że pakiet da się wyjąć; w bloku bez windy targanie całego roweru byłoby koszmarem.
Dla kogo jest Jansno X50?
Jeśli masz do około 175 cm wzrostu, mieszkasz na parterze lub masz garaż i marzysz o e-rowerze z motocyklową prezencją, X50 będzie strzałem w dziesiątkę. Czuje się jak u siebie na piaszczystych plażach, leśnych duktach czy brukowanych starówkach. Daje frajdę z jazdy, pozwala wrócić do domu bez potu i nie rujnuje portfela.
Jeżeli masz ponad 180 cm, często wnosisz rower po schodach lub potrzebujesz realnego zasięgu powyżej 100 km, warto spojrzeć na droższe modele z większymi bateriami i regulowaną sztycą. Dla mnie X50 zostanie „miasto + lekki szlak” – mimo dziwactw wciąż ma sporo uroku. Za nieco ponad 3 000 zł mam zabawkę, która naprawdę rozjaśnia codzienne kilometry, gdy w witrynie sklepowej widzę odbicie tego maleńkiego choppera i uśmiecham się pod nosem.
