Dziennikarz wczoraj a dziś (praca, wyobrażenie)

Wielu osobom dziennikarz kojarzy się dwojako. Pierwsze wyobrażenie o zawodzie dziennikarzy narzucają ludziom filmy i seriale, na których mogą zobaczyć wykreowaną na potrzebę fabuły postać. Na ekranie widzimy elegancko ubrane osoby, jak David Strathairn w roli Edwarda R. Murrowa w „Good Night, and Good Luck”, które najczęściej są uzależnione od nikotyny i alkoholu. Zazwyczaj chodzą w płaszczu i kapeluszu. Mimo problemów osobistych posiadają rozległe kontakty i dojścia. Taki dziennikarz jest uparty i wytrwale, niczym detektyw zajmuje się wywęszonym wcześniej materiałem. Cieszy się dużym szacunkiem wśród zwykłych ludzi i sieje postrach wśród elit. Ze współpracownikami spotyka się tylko na porannych zebraniach i najwięcej czasu spędza poza redakcją „na temacie”.

Jest to wizja powielana wielokrotnie na ekranie i przypomina nieco dziennikarza pracującego dla mediów w czasach ich największej świetności. Jednak, to jak widzimy pracowników redakcji zmienia się z roku na rok. Od dziennikarzy  tzw. żółtej prasy, których materiały wypełnione były sensacją i miały walczyć o dobro publiczne, przez muckcrackerów, którzy poprzez gazety załatwiali swoje interesy i oczerniali innych (teraz często mówi się w ten sposób o blogerach bulwarowych, którzy na swoich internetowych pamiętnikach szkalują cudze nazwiska). Niektórych dziennikarzy, szczególnie piszących dla tabloidów określa się również mianem hien, które rzucą się na wszystko, co się może dobrze sprzedać.

Zawód: Fotoreporter wojenny

Podobna dyskusja trwa odnośnie fotoreporterów wojennych. Zarzuca się im, że oddzielają się obiektywem od świata, który ich otacza i że zamiast pomagać, stają się obojętni czekając na „to ujęcie”. W ten sam sposób traktuje się dzisiejszych dziennikarzy obywatelskich, którzy nadsyłają zdjęcia redakcjom z różnych tragicznych wypadków i wydarzeń. W Internecie krążą nawet zdjęcia-komiksy, które dosadnie przedstawiając problem, mając uzmysłowić, że większość ludzi w sytuacji zagrożenia czyjegoś życia woli wyjąć telefon i nakręcić wszystko, niż pomóc. Podobnie było z fotoreporterami wojennymi, którzy w pewien sposób oddzielali się obiektywem od wydarzeń, które dokumentowali. Oni sami zwracają uwagę na to, że z tematów powracają odmienieni i głęboko przeżywają każde ujęcie. Na problem  zwrócono szczególną uwagę po publikacji na okładce w „New York Times” 26 marca 1993 roku zdjęcia wygłodzonego dziecka, za którym skrada się sęp czekając, kiedy będzie mógł zaatakować[2]. Autor zdjęcia dostał nagrodę Pulitzera, ale świat zareagował różnie. Z jednej strony ludzie krytykowali fotoreportera, że nie pomógł dziewczynce, nie zatroszczył się o jej los i nie podarował jej lepszego życia. Publikacja wywołała też masową pomoc finansową ludzi, którzy wsparli różne akcje humanitarne działających na obszarze konfliktu w RPA, gdzie zostało zrobione zdjęcie.

Czytelnicy gazet

fot. sxc.hu

Dziennikarz – obserwator

Dziennikarz powinien być obserwatorem i nie powinien wtrącać się do wydarzeń. Dziennikarz obywatelski robi to świadomie i głównie po to, aby właśnie zmienić to, co mu się nie podoba w jego otoczeniu. Reporter obserwuje cierpienie częściej niż inni ludzie i może to po pewnym czasie znieczulić, przyzwyczaić. Kevin Carter rok po zrobieniu zdjęcia popełnił samobójstwo. W liście pożegnalnym napisał: „Jestem nawiedzany przez żywe wspomnienia morderstw, ciał, gniewu, bólu, głodujących lub rannych dzieci, porywczych szaleńców, katów. Ból życia przekracza radość w środku, która już nie istnieje.”[3]

Wspomnienia wracające w postaci przebłysków to częsty problem w tym zawodzie. Krzysztof Miller, fotograf wojenny wspomina: „Sceny powracają w snach. Są dwa scenariusze. Albo nie możesz zasnąć, bo się boisz, że coś ci się przyśni. Albo się budzisz, bo coś ci się przyśniło. Miałem takie sny, które wracały.  Śniło mi się, że piasek zasypuje mnie żywcem. Duszę się, wypluwając jakieś takie plastikowe czarne patyczki […]. Trupy powracały”. [4]

Podobna sytuacja miała miejsce na początku roku 2012, gdy jeden z dziennikarzy obywatelskich zadzwonił do redakcji „Dziennika Wschodniego” informując, że niedaleko jego pracy, samochód potrącił pieszą[5]. Mężczyzna, który często publikował różne materiały na stronie należącej do redakcji zaoferował, że pójdzie i zrobi zdjęcia z wypadku. Jednak, gdy zobaczył czarny worek, w który ratownicy wkładali zwłoki śmiertelnie potrąconej kobiety, załamał się. Zadzwonił do redakcji i roztrzęsionym głosem stwierdził, że usuwa wszystkie zdjęcia, które zrobił, jest mu słabo i poczuł się jak nieczuła hiena.

Fotoreporterzy

fot. sxc.hu

Dziennikarz kiedyś

Dziennikarze tradycyjnych mediów, na początku lat 90. nie mieli telefonów komórkowych, bardzo rzadko zdarzał się komputer z dostępem do Internetu. Z tego powodu dziennikarz był obecny wszędzie tam, gdzie działo się coś ważnego. Zdobywanie materiału na artykuł było pracochłonne i przede wszystkim czasochłonne. Należało odwiedzić każdego informatora i osobiście porozmawiać z każdą osobą występującą w tekście, czy na własne oczy zobaczyć pewne problemy, zjawiska, o których chciało się napisać. Dzięki temu taka osoba zyskiwała zaufanie wśród swoich kontaktów i zdobywała coraz to lepsze materiały. Dziennikarz newsowy często poświęcał całą swoją uwagę w ciągu dnia na jeden temat, a śledczy nawet miesiące. Po porannym kolegium redaktor umawiał się z rozmówcami, zlecał zdjęcia fotoreporterom i jechał na miejsce zebrać potrzebne materiały. Po kilku godzinach wracał do redakcji i zaczynał pisać artykuł. Ten następnie trafiał do wydawcy, który redagował go według aktualnych potrzeb i decydował, w którym miejscu gazety ma się znaleźć. Następnego dnia gotowy produkt trafiał do odbiorców.

We współczesnym świecie, gdzie liczy się szybkość, nikt nie mógłby sobie pozwolić na taką zwłokę. Najczęściej  po natrafieniu na news, redakcja ma pięć minut, aby opublikować pierwszą, szczątkową informację na ten temat. Kolejne 5 minut to czas na uzupełnienie tekstu o dodatkowe treści i multimedia (mapa z miejsca zdarzenia, podobne artykuły na ten temat). Jest to moment, w którym wydawca decyduje o dalszej pracy przy newsie. W razie potrzeb wysyła na miejsce fotoreportera i wideoreportera (jeżeli taki  pracuje w redakcji). Po piętnastu minutach w artykule powinny pojawić się pierwsze wypowiedzi uczestników (świadkowie, służby mundurowe).  Po trzydziestu minutach pojawia się galeria zdjęć i rozbudowane informacje. Po godzinie tekst nabiera ostateczny kształt, który zostanie wykorzystany w wydaniu drukowanym gazety. W międzyczasie zostanie dołączony jeszcze film wideo.

Współczesny dziennikarz powinien potrafić obsługiwać kamerę, aparat i laptop... jednocześnie.  fot. Jakub Markiewicz

Współczesny dziennikarz powinien potrafić obsługiwać kamerę, aparat i laptop… jednocześnie. Zdjęcie nie pokaże tego, co film, a on sam nie będzie tak wymowny. Trzeba to też sybko pokazać. 
fot. Jakub Markiewicz

Współczesny dziennikarz, oprócz zasad pisania artykułów do gazet, musi coraz częściej uczyć się technologii, która do tej pory była zarezerwowana tylko dla specjalistów. Dzięki temu, niczym fabryka może wyprodukować większą ilość materiałów, za które dostanie pieniądze. Dziennikarze telewizyjni przed wybraniem się na materiał muszą umówić dźwiękowca, operatora kamery, kierowcę, a po fazie zdjęć dodatkowo montażystę. To cały sztab dobrych specjalistów, którzy są kosztowni dla redakcji, oraz wydłużają cały proces powstawania danego materiału. W czasach, gdzie wszystkie firmy tną koszty, ciężko pozwolić sobie na utrzymanie aż tylu specjalistów. Dlatego współczesne redakcje internetowe już na początku rekrutacji zwracają uwagę na umiejętności techniczne i łatwość w poruszaniu się po nowej technologii danego kandydata. Testy sprawdzające znajomość najważniejszych informacji dotyczących danych kategorii tematów (jak zdrowie, policja, polityka, miasto itp.), czy najważniejszych rzeczy o danym regionie, które do tej pory wypełniali kandydaci do pracy, odeszły już do lamusa. Coraz częściej padają pytania o znajomość portali społecznościowych, czy umiejętność pozycjonowania stron w wyszukiwarkach internetowych. Im większe umiejętności kandydata np. z zakresu fotografii, czy przygotowania materiałów wideo, tym lepiej. Z kolei zaraz po zatrudnieniu rusza machina szkoleń, które mają przerobić dziennikarza na człowieka orkiestrę, który będzie potrafił odnaleźć się (w zależności od aktualnej potrzeby pracodawcy) na każdym szczeblu w redakcji.

Gazety

fot. sxc.hu

Cięcia budżetowe, zwolnienia dziennikarzy i wydawców wpłynęły na to, że brakuje rąk do pracy, natomiast jej samej jest jeszcze więcej. Granica pomiędzy dziennikarzem zbierającym materiały na artykuł, a redaktorem, który go przygotowywał dla wydawcy zatarła się najwcześniej. Teraz, w ramach obowiązków dziennikarze wymieniają się rolami z innymi osobami w newsroomie. Jednego dnia, redaktor może dostać zlecenie na przygotowanie kilku materiałów na czołówkowe kolumny najważniejszych stron najbliższego wydania. Innym razem, sam będzie zamawiał takie teksty, a następnie planował wygląd całej gazety na następny dzień. A to tylko wydanie gazetowe. Pozostaje jeszcze nowy twór – portal informacyjny, który działa zupełnie inaczej niż gazeta, ale wielu redaktorów gazet wciąż nie przykłada większej wagi do jego dobrego i starannego prowadzenia.

W portalach gazet, a w szczególności dzienników, liczy się przede wszystkim szybkość. Jeżeli internauta będzie świadkiem jakiegoś wydarzenia, czy po prostu usłyszy o czymś ciekawym od znajomych, to będzie chciał poszerzyć swoją wiedzą. W przypadku, gdy nie znajdzie odpowiedzi na swoje pytania na stronie danego tytułu, zamknie ją i pójdzie szukać gdzie indziej. W sieci są miliony stron internetowych do przejrzenia i przypadkowy czytelnik z pewnością już do nas nie wróci. Dlatego redakcje internetowe starają się za wszelką cenę przyciągnąć (bardzo często w sposób nieetyczny, posługując się spamem, czy innymi sztuczkami, które mają na celu oszukać Internautę) i zatrzymać wirtualnego gościa na swojej stronie. Redakcje nie zatrudniają dodatkowo specjalistów od Internetu, nazywanych zresztą potocznie czarodziejami wyszukiwarek, bo nie mają na to pieniędzy. Często takie obowiązki powierza się redaktorom od Internetu. W newsroomie 2.0 nie ma zbyt wielu wolnych etatów, ale są za to świetnie wyszkoleni dziennikarze. W zależności od potrzeb muszą pełnić wszystkie te role. Oni sami często żartują, mówiąc, że umiejętnościami dorównują elitarnym jednostkom wojskowym – również, aby mieć pracę, muszą znać się na wszystkim. Współczesny dziennikarz idąc na materiał zabiera ze sobą aparat, bądź telefon z aparatem. Coraz częściej na wyposażeniu takiej osoby jest mała kamera z mikrofonem. Po powrocie do redakcji, oprócz notatek na artykuł do gazety i na portal, mamy dodatkowo zdjęcia, a także film. Często takie nagranie jest o znacznie gorszej jakości, niż w przypadku materiałów produkowanych przez telewizję, ale w tym przypadku cały sztab osób zastępuje tylko jedna. Dodatkowo materiały multimedialne są najbardziej pożądane i najbardziej cenione we wszystkich portalach internetowych.

Każdy człowiek ma do opowiedzenia ciekawą historię. Przez telefon ciężko to wyczuć.  fot. Hubert Głos

Każdy człowiek ma do opowiedzenia ciekawą historię. Przez telefon ciężko to wyczuć.
fot. Hubert Głos

Rozwój technologii zapoczątkował jeszcze jedno ciekawe zjawisko. Do tej pory telefon służył dziennikarzowi jako jedno z narzędzi do pracy. Po umówieniu spotkania, zabierał notes i wybierał się na rozmowę. W newsroomie 2.0 dziennikarz nie ma czasu na wychodzenie z redakcji i za bardzo nie chce jej opuszczać. Do tej pory jedna osoba zajmowała się jedną, góra dwoma działami tematycznymi, w których się specjalizowała. Redaktor od tzw. „kryminałków” rozwijał swoje kontakty i pisał na tematy związane z policją, sądem, służbami mundurowymi. Co jakiś czas działy były zmieniane, co miało na celu wprowadzić świeżość, inny punkt widzenia i zapobiegać korupcji (gdy współpracuje się z kimś wiele lat i nagle okazuje się, że ta osoba ma stać się negatywnym bohaterem naszego tekstu, może istnieć ryzyko manipulacji). We współczesnych redakcjach, po cięciach budżetowych, jeden dziennikarz ma obowiązek śledzić nawet kilkanaście działów tematycznych. Przez to zdecydowanie spada zarówno szybkość, jak i jakość gotowej informacji. Dlatego wielu redaktorów zaczęło załatwiać tematy na telefon. Zamiast jechać na miejsce i rozmowę twarzą w twarz, wolą zapytać o wszystko przez telefon, często nawet prosząc o przesłanie zdjęcia problemu, o którym rozmawiają. Bardzo ważny kontakt z czytelnikiem i bliskość relacji z nim została zmarginalizowana. Jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia było, aby ktoś zrealizował artykuł przez telefon. Teraz w ten sposób powstaje niemal każdy z nich.  Telefon stał się zabójcą rasowych dziennikarzy, ale też i ich wybawieniem. Nie muszą już być przy największych wydarzeniach, aby o nich wiedzieć, czy rozmawiać ze świadkami. Mogą także o wiele szybciej napisać artykuł i zająć się kolejnym. Jak wiadomo, każdy z nich, to dodatkowe pieniądze, dla których w końcu pisze dziennikarz.



[1] Film Good Night, and Good Luck, reżyseria George Clooney

[2] MacLeod S., The Life and Death of Kevin Carter, http://flatrock.org.nz/topics/odds_and_oddities/ultimate_in_unfair.htm

[3] Photographer Haunted by Horror of His Work, tłumaczenie własne, http://flatrock.org.nz/topics/odds_and_oddities/ultimate_in_unfair.htm, 10.03.2012

[4] Ćwieluch J., Rozmowa z Krzysztofem Millerem, fotografem wojennym, http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1521242,2,rozmowa-z-krzysztofem-millerem-fotografem-wojennym.read, 10.03.2012

[5] Markiewicz J., Śmiertelny wypadek na ul. Skłodowskiej w Lublinie, http://www.dziennikwschodni.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20120329/LUBLIN/120329280 data dostępu 06.06.2012

Przeczytaj także: